Z dużym niepokojem śledzę doniesienia dotyczące zagrożeń związanych z Euro 2012. Jak wielu Polaków liczyłem że, z organizacji imprezy tej skali i rangi, Polska będzie coś miała.
Tym, że nasi zawodnicy zabłysną na Euro, przestałem się łudzić  już dawno – a ich „sukcesy” (mecze takie jak ten Polska – Hiszpania z czerwca 2010 r., z „rewelacyjnym” wynikiem 0:6) utwierdzają mnie w tym przeświadczeniu. Jednak to, że impreza odbywa się u nas pozwalało mi mieć nadzieję na promocję polski w świecie, i przede wszystkim oczekiwać że coś materialnego po niej pozostanie.
 
Z czasem okazało się że były to tylko marzenia. Najpierw ktoś uznał, że w ramach oszczędności (a może dla tego że chłopcy z boiska są przy władzy) budujemy li tylko stadiony piłkarskie, a nie uniwersalne obiekty, które można by było wykorzystywać także np. przy okazji imprez lekkoatletycznych. Teraz okazuje się że choć te „uboższe” stadiony powstaną, to nie będzie jak do nich dojechać (warto zapoznać się z danymi NIK zamieszczonymi na stronie urzędu http://nik.gov.pl/news.php?cod=2706, a nie tylko z komentarzami polityków w nie zawsze obiektywnych mediach). Wiele planowanych inwestycji „odchudzono” i zaniechano, inne odsunięto w czasie. Wymownym przykładem jest tu „modernizacja” dworców PKP (pamiętam jeszcze te ambitne wizualizacje Dworca Centralnego w Warszawie, a dziś widzę - nawet nie lifting, ale zwykłe sprzątanie, notabene pierwsze od 35 lat!). Dziś wiemy także, że cześć szlaków drogowych nie powstanie (w każdym razie na Euro), a inne będą w wersji mini.
 
Decydenci mówią że piłkarze i VIP-y na stadiony „jakoś dojadą”, a w korkach postoją jedynie kibice. Ale i oni nie powinni narzekać - przecież„w korkach też można się dobrze bawić", jak zapewnia minister sportu A. Giersz (TVN24, „NIK krytycznie o Euro 2012. Rząd: to dwie rzeczywistości” 25.08.2010). Tak może mówić tylko ktoś, kto lubi w ekscentryczny sposób spędzać czas, lub (co bardziej prawdopodobne) korzysta z tzw. „erki”, licząc że tak będzie zawsze. Obawiam się jednak iż zdania o atrakcyjności tej oryginalnej „rozrywki” nie podzielą turyści - tak jak dziś nie podzielają go Polacy.
 
W efekcie, po Euro 2012, nie będziemy mieli ani sukcesów sportowych, ani dróg i kolei z prawdziwego zdarzenia. Taka „promocja” pozostawi też w pamięci przyjezdnych niezapomniany obraz dziur, objazdów, i placów budowy, oraz poczucie straty czasu. Na pamiątkę zostaną nam dysfunkcjonalne stadiony, którym z przyczyn ekonomicznych już dziś pisany jest los „Jarmarku Europa” – centrów handlowych, czyli nowoczesnych wersji bazaru jakim w ostatnich latach swego istnienia był Stadion X-lecie. I to będzie EUROkatastrofa 2012.
 
I pytam się jeszcze, gdzie te cuda (zwłaszcza inwestycyjne) obiecane? Gdzie to czyszczenie stajni Augiasza, którą wciąż i niewzruszenie jest polska piłka?
Odpowiedzi nie słyszę.
 
Póki co, koledzy z boiska niewzruszenie kopią piłkę  - i święcie wierząc że na stadiony dojadą. Reszcie też obiecują że będzie się dobrze bawić… w korkach.
A może ta wiara jest złudna, bo taka zabawa nie jest tak atrakcyjną dla elektoratu, jak się obecnym decydentom wydaje? I może dostaną czerwoną kartkę już w 2011 r., z resztą nie tylko za Euro 2012 – ale za całokształt?